Koolhaasland otwarty!

Największy park architektonicznej rozrywki na świecie już otwarty! Koolhaasland w Wenecji to dzieło jednego człowieka, który postanowił zakończyć historię architektury ku uciesze gawiedzi. W Pałacu Duchów oglądamy upiory architektury — wypreparowane elementy z budynków. W Arsenale zbudowano rollercoaster, który wiedzie przez całą Italię — to przyspieszona lekcja z niemożności architektonicznej. Z kolei w pawilonach narodowych podziwiamy karuzele, na których większość państw kręci się w kółko — chcąc być nowoczesnymi wciąż odgrzewają stare kotlety modernizmu

Luminaire_Fotor

Rem Koolhaas budował swój park architektonicznej rozrywki w Wenecji przez ostatnie 2 lata. Jego poprzednicy zazwyczaj mieli tylko pół roku przygotowań. Ale nie Rem — on postanowił zbudować park, który przyćmi wszystko, co było wcześniej. Do pomocy miał milion researcherów, w tym własny think-tank AMO, oraz tysiące studentów. Dzięki Koolhaasowi przez ostatnie kilkanaście miesięcy nie było bezrobocia wśród badaczy architektury. To oni z obawą patrzą na przyszłość, co będzie teraz, gdy już wszystko zostało zbadane…

W końcu 7 czerwca 2014 roku podwoje Koolhaaslandu zostały otwarte. Dzikie i nieprzebrane tłumy rzuciły się na atrakcje — pałace duchów, karuzele, rollercoastery, strzelnice. Wielki czarodziej już na wstępie zapowiedział, że w Koolhaaslandzie nie będzie wystaw o współczesnej architekturze — będzie za to pogłębiona refleksja o istocie tej dziedziny. Nie będzie architektów, zwłaszcza tych z przedrostkiem star-, będzie za to opowieść o architekturze bez budynków.

Oczywiście w ustach Rema brzmi to jak kokieteria. Ale największy ze stararchitektów, a także nauczyciel i mistrz wielu innych gwiazd architektury, może sobie na to pozwolić. Tylko prawdziwy hipster mówi, że nie jest hipsterem.

Właśnie weszliśmy do Koolhaaslandu. Z popcornem w garści ruszyliśmy wpierw do Pałacu Duchów (wcześniej zwanego Pawilonem Centralnym). Jego upiorną powagę podkreśla tytuł „Elementy Architektury”. To jakby zagłębienie się w podręcznik Neuferta, a zarazem wizyta w groteskowym markecie budowlanym. Każda z sal poświęcona jest jednemu architektonicznemu elementowi — wyreparowanemu z kontekstu architektury, struktury budynku. Sufit lewituje jako autonomiczna jednostka podpierana przez pustkę. Drzwi są, ale za nimi jest tylko nicość. Schody biegną donikąd. Ściany niczego nie podtrzymują ani nie grodzą. Korytarze są ślepe. Windy spoczywają samotnie wyrwane bestialsko z szybów. Schody ruchome stoją w martwocie. Okna mają psute oczodoły. Na każdym kroku są więc upiory architektury. W słoikach z formaliną przyglądamy się zamordowanym drzwiom, oknom, toaletom, eskalatorom i innym denatom.

ELEMENTS OF ARCHITECTURE_ceiling_Fotor

toilet (1)_Fotor Elementy Architektury, Pawilon Centralny; FOTO: Francesco Galli / dzięki uprzejmości la Biennale di Venezia

W Pałacu Duchów nie spotkaliśmy Petera Eisenmana, z którym nie rozmawialiśmy, ale powiedział nam że „Koolhaas pokazał język bez gramatyki. Sam słowa. A same elementy nic nie znaczą”. Nie zgodziliśmy się z Eisenmanem, ale przyznaliśmy mu rację. Architektoniczne elementy same w sobie są nieme. Mamy puzzle, ale nie mamy obrazka według którego moglibyśmy je złożyć. Na tym polega upiorność tego Pałacu Duchów. Dla praktykujących architektów to tym bardziej przerażające, bo uświadamiają sobie, że tysiące lat ewolucji poszczególnych elementów, ich coraz większy stopień komplikacji, technicznej doskonałości — powoduje, że mogą zbudować dosłownie wszystko, ale tak naprawdę nie mają wpływu na nic, bo każdy element przerasta ich swoją złożonością. Pozostaje tylko układanka, kolaż, ikebana.

ELEMENTS OF ARCHITECTURE_window_Fotor Elementy Architektury, Pawilon Centralny; FOTO: Francesco Galli / dzięki uprzejmości la Biennale di Venezia

Wystraszeni uciekliśmy co prędzej z Pałacu Duchów, ale już po chwili stanęliśmy jak wryci. Z grobu wyszedł nam na spotkanie sam Le Corbusier. A w zasadzie jego Dom-Ino sprzed dokładnie 100 lat. Nagi szkielet struktury — bez mięsa, krwi, ducha — który na zawsze odmienił oblicze architektury. Trzy stropy, trzy pary słupów i dwa biegi schodów — kwintesencja architektury, czy może jednak jej parodia? Arcydzieło, czy największy w historii paszkwil? Tutaj, w Koolhaaslandzie, zamiast z betonu wykonano go ze sklejki. Uff, a więc to tylko dekoracja! Scenografia do nowego horroru, w którym Corbu jako zombie pożera mózgi swoich marnych kontynuatorów.

Maison Dom-ino_FOTO di Zucchiatti_Fotor_Fotor Model Dom-ino w skali 1:1 na terenie Giardini; FOTO: Giorgio Zucchiatti / dzięki uprzejmości la Biennale di Venezia

Postanowiliśmy eksplorować dalej Koolhaasland i zagłębić się w dżunglę Giardini — z masą atrakcji pawilonów narodowych. A tam kolejne koszmary. W większości z nich wpadamy na biblioteki 100 lat modernizmu. Przepastne archiwa i magazyny nowoczesności. Potrzeba kolejnych 100 lat, by każdy z tych pawilonów dokładnie przejrzeć, przeczytać wszystkie zgromadzone tam materiały. Tak wyobrażamy sobie piekło — jako konieczność zwiedzenia każdego zakątka Koolhaaslandu. Jako ciągłe wertowanie 100 lat modernizmu w Czechosłowacji, Brazylii, USA, czy Chorwacji. Kręcimy się w kółko aż robi nam się mdło od tej strasznej karuzeli. To co jest rajem dla historyków sztuki, dla całej reszty ludzkości jest dziewiątym kręgiem piekielnym.

Japan (2)_Fotor Pawilon Japonii; In the real world; FOTO: Andrea Avezzù / dzięki uprzejmości la Biennale di Venezia
UEA (4)_Fotor Pawilon Zjednoczonych Emiratów Arabskich; Lest We Forget: Structures of Memory in the United Arab Emirates; FOTO: Andrea Avezzù / dzięki uprzejmości la Biennale di Venezia
Croatia (3)_Fotor Pawilon Chorwacji; Fitting Abstraction; FOTO: Andrea Avezzù / dzięki uprzejmości la Biennale di Venezia

Wychodzimy z Giardinii w poszukiwaniu lepszej rozrywki. Zwieńczeniem Koolhaaslandu jest oczywiście Zamek Śpiącej Królewny w Arsenale. Wsiadamy tam do rollercoastera, który wiezie nas z zawrotną prędkością przez całe Włochy, od południa aż na samą północ. Oprócz architektury, a raczej szeregu problemów miast, czy miejsc, podróż tę ubarwiają filmy, muzyka i taniec. Bawimy się przednio. Narracja jest liniowa, kolejka nie może zboczyć z toru, nawet jeżeli mamy już dość kolejnych podjazdów, to jednak musimy dotrwać do samego końca.

Jest tu wszystko z czego słyną Włochy: śmierć w Pompejach, seks na Capri, dyskoteki, trzęsienie ziemi, korupcja, mafia, śmieci i zabytki. Zatrzymujemy się dłużej przy Berlusconim, historia wykreowanego przez niego TV-urbanizmu przedstawiona jest w filmie reklamowym. Oglądamy tam narodziny osiedla Milano 2 pod Mediolanem, które zapoczątkowało karierę najsłynniejszego amatora bunga-bunga. Pobieramy też przyspieszony kurs Radical Pedagogies w sali poświęconej najbardziej progresywnym szkołom, pracowniom, które odmieniły XX-wieczne myślenie architektoniczne. Na koniec fundujemy sobie relaks w Alpach z chłodzącym emocje filmem Armina Linke.

Radical P_3_Fotor Radical Pedagogies: ACTION-REACTION-INTERACTION; FOTO: Giorgio Zucchiatti / dzięki uprzejmości la Biennale di Venezia
Alps_Fotor Armin Linke, Alps; FOTO: Francesco Galli / dzięki uprzejmości la Biennale di Venezia

Wagonik zatrzymuje się. Wysiadamy. Czy to była podróż przez architekturę? Raczej przez jej stałą niemożność, niedoskonałość, nieadekwatność. Chyba jedynie filmy, tańce i muzyka pozwoliły nam przetrwać tę podróż.

Słońce zachodzi nad Koolhaaslandem. Gasną neony Pałacu Śpiącej Królewny, karuzele zamierają, echo ze strzelnic pobrzmiewa głucho. Architektura się skończyła. Koolhaas nie mówi tego wprost. Ale buduje fundamenty swoim parkiem rozrywki pod jakąś nową, niejasną jeszcze dla nas inwestycję przyszłości. Co wyłoni się z tej mgły? Przerażeni, dręczeni niepokojem o jutro upijamy się Spritzem. Zalani w trupa, pełni bąbelków rzucamy się z Rialto w ciemne odmęty Canal Grande. Jednak nie toniemy. Prosecco unosi nas w czarną otchłań kosmosu.

13.06.2014