Ospa ma się dalej dobrze, czyli Katowice nieuleczalnie chore na modernizm

Nasz niedawny tekst opublikowany w katowickim dodatku Gazety Wyborczej – „Katowice są chore na ospę modernizmu, a centrum miasta umiera” wywołał istną burzę. Dawno już architektura na Śląsku nie była przedmiotem tak gorącej dyskusji. Chociaż, czy nie nadużywamy tego słowa? Po naszym tekście pojawiło się kilka kolejnych artykułów, do tego masa wpisów na facebooku, ale i komentarzy pod tekstami, ale… Przeważająca większość to mało merytoryczne głosy, które odsądzają nas od czci i wiary, że w ogóle śmiemy mówić źle o Katowicach i jego dziedzictwie modernizmu. W myśl zasady albo jesteś z nami, albo przeciw nam. Więc to chyba jeszcze nie dyskusja, a jak na razie wojenka. Wiemy w jakim kraju żyjemy – w Polsce każdy problem i sprawa od razu polaryzuje społeczeństwo na dwa przeciwne, zwalczające się obozy. Ale nie przypuszczaliśmy, że nasz skromny głos o Katowicach i jego problemach, aż tak zantagonizuje. Spadła na nas także fala personalnych ataków, pełnych mało wybrednych inwektyw. Nie będziemy na nie w większości odpowiadać, czy je tutaj przytaczać. Choć smutne, że wiele z nich zostało napisanych przez członków zarządu katowickiego SARP, w tym prezesa Piotra Buśko, który insynuuje pisząc, „kto nam zapłacił za ten tekst?”. Niestety nikt, ale chętni mogą wpłacać darowizny na nasze konto.

Chcemy rozmawiać o mieście, bo właśnie ten brak rozmowy, szerszej debaty – doprowadził, o czym jesteśmy szczerze przekonani – do obecnego kryzysu Katowic. Nasz tekst o kryzysie śródmieścia Katowic (bo tylko na tym się skupiliśmy, nasz niedługi tekst nie miał ambicji rozwiązywania wszystkich problemów całego miasta) postanowiliśmy opisać na przykładzie błędnego myślenia urbanistycznego, które w skrócie nazwaliśmy modernistycznym i pokrótce przedstawiliśmy na czym ono polegało, jak wygląda dziś oraz czym grozi uparte trwanie przy nim. Dodaliśmy do tego naszą ocenę lokalnego środowiska architektonicznego, które w dużej mierze odpowiedzialne jest za ten stan rzeczy, bo to ono zatrzymało się właśnie na modernistycznej doktrynie budowy miast. (Kara za krytykę SARP-u, już na nas spadła. Właśnie odwołano nasz wykład w Kielcach, dla tamtejszego SARP-u. Bo, jak tłumaczyli organizatorzy „narozrabialiśmy i nie będą nas promować”).

W naszym tekście nie poruszaliśmy wątków politycznych, jedynie napomknęliśmy, że władze miasta nie mają wizji, a wiele ich decyzji (np. zgoda na budowę kolejnych molochów handlowych) znacząco wpłynęły na obecną martwotę centrum. Jednak nie skupiliśmy się na tym – to tak szerokie zagadnienie, że zasługuje na osobny tekst.

Jednak politycznie nasz artykuł odczytał Krzysztof Nawratek, zarzucając nam ślizganie się po temacie. Na swoim blogu www.plugincitizen.com poświęcił naszemu tekstowi wpis „749. prawicowy modernizm” (opublikowany 18 marca 2014). Jednak sam dokonuje sporego uproszczenia przenosząc naszą krytykę modernistycznego myślenia o mieście na pole modernizmu prawicowego i lewicowego – to jego odpowiedź na naszą dychotomię: modernizm i postmodernizm. Według Nawratka śląscy architekci są w dużej mierze prawicowymi modernistami, czytaj nakierowani na duży kapitał, na myślenie biznesowe, są członkami establishmentu. Podczas gdy lewicowy modernizm to ten znany głównie z międzywojnia, nakierowany na człowieka, jego potrzeby. W zasadzie mówimy o tym samy, tylko używamy innej terminologii. To co u Nawratka jest modernizmem prawicowym u nas funkcjonuje jako doktryna modernistyczna, to co u niego jest modernizmem lewicowym, my  w uproszczeniu nazywamy „postmodernizmem”, ale nie w rozumieniu historyzującego, formalnego stylu, ale kontrodpowiedzi dla modernizmu, właśnie myślenia nastawionego na człowieka, na jego udział w kształtowaniu miasta. Nie zgadzając się z nami (częściowo, bo w pewnej mierze przyznaje nam racje) tak naprawdę Nawratek wykazuje, że w dużej mierze myślimy podobnie, tak odczytujemy jego końcowe zdanie: „Odrzucić trzeba zarówno prawicowy modernizm jak i (drobno)mieszczański postmodernizm. Inny, lepszy świat jest możliwy”. My też wierzymy, że tak jest! Nasz tekst bynajmniej nie jest gloryfikacją postmodernizmu. Mówiąc o nim chcieliśmy wykazać, że istnieje świat po modernizmie, że od jego czasu pojawiło się na świecie wiele nowych wizji kreowania rzeczywistości. Nie ma jednej recepty. Trzeba jednak iść dalej, a nie trwać uparcie przy modernizmie, który już dawno temu się zdewaluował.

Przy tym wszystkim Nawratek do jednego worka wrzuca i Roberta Koniecznego z jego pomysłem wkopania torów kolejowych pod ziemię i uwolnienia w ten sposób sporej połaci gruntów w Katowicach pod nową zabudowę, jak i Tomasza Koniora oraz jego projekt przebudowy Alei Korfantego – nasycenia jej nowymi funkcjami i przestrzeniami publicznymi. Oba nazywa neoliberalną wizją miasta opartą na spekulacjach gruntem. Jednak pomija rożną realność tych projektów jak i potrzebę ich realizacji. Podczas gdy okolice alei Korfantego istotnie wymagają zmian, bo przestrzeń tam nie działa, to tymczasem tory po prostu są, póki co nie stanowią problemu spędzającego sen z powiek katowiczanom. Z odcinkiem Rondo-Rynek bezsprzecznie trzeba coś zrobić i to w najbliższym czasie. Z torami – być może też – ale w bliżej nieokreślonej przyszłości. W Katowicach drastycznie spada liczba ludności i z pewnością ma na to wpływ również martwe, odpychające, nieatrakcyjne centrum. Bez odmiany tego stanu rzeczy kreślenie wizji zabudowy terenów nad torami jest mrzonką – dla kogo będą potrzebne te dodatkowe tereny, jeśli za kilkanaście lat będzie o kolejne kilkadziesiąt lat mniej mieszkańców?

Owszem, z intelektualnego punktu widzenia – nomenklatura Nawratka jest interesująca, ale to puste dywagacje akademika, które nie mają większego praktycznego znaczenia. Podobnie jak deliberowanie czy Adolf Loos był socjalistą, czy nie. Jakie to ma znaczenie dla Katowic A.D. 2014? Sądzimy, że nasza krytyka modernistycznego myślenia dominującego w Katowicach ma przełożenie na rzeczywistość, bo podejmowane dalej w tym nurcie decyzje, jak monofunkcyjna budowa „marketów kultury” wzdłuż DTŚ za Spodkiem – rodzi kolejne problemy i pogłębia recesję panującą w śródmieściu.

Bardziej emocjonalnie na nasz tekst zareagowała prof. Irma Kozina, znana historyczka sztuki, która razem z jednym z niżej podpisanych, swego czasu broniła Brutala z Katowic. Dokładnie tydzień po naszym eseju na tych samych łamach Wyborczej wydrukowano jej szeroką odpowiedź: Prof. Irma Kozina broni katowickiej architektury: Nie poddamy się snobistycznym manipulacjom”. Niestety po tekście naukowca specjalizującego się w XX-wiecznej architekturze możnaby spodziewać się większego oparcia w merytorycznych faktach. Autorka jedna woli wypominać nam naszą „nowowarszawskość”, a cały artykuł jest w tonie: „Nie będzie Niemiec (a raczej Warszawka) pluć nam w twarz”. Kozina dodaje nawet dobitnie: „Niech więc owa nowowarszawska ślina pozostanie sobie na Mazowszu, a my tymczasem – jak zwykle – powoli sami uporamy się z własnymi problemami. Plucie jeszcze nikomu w niczym nie pomogło!”. Widzimy w tym chęć izolacji Katowic nie tyle od Warszawy, co od świata, który myśli inaczej. Otoczmy się murem, żeby nikt nie naruszył naszej moderny! Chrońmy się przez wrogimi ideologiami – z postmodernizmem na czele! Kozina przy tym każe nam kochać modernizm w taki sam sposób jak profesor Bladaczka w „Ferdydurke” mówił uczniom, że „Słowacki wielkim poetą był”. Tak ma być i basta! W ten sposób prof. Kozina ucina wszelką dyskusję i debatę. To znamienne dla modernistów i ich apologetów – uważają się za nieomylnych!

Niektóre argumenty prof. Koziny wydają się dla nas kuriozalne. My pisaliśmy o wysadzeniu Pruitt Igoe, jako symbolu kompromitacji modernistycznego myślenia o mieście. Blokowa, wielkoskalowa zabudowa nie sprzyja bowiem wytworzeniu więzi społecznych, a częściej rodzi patologie, poczucie wyobcowania i zagrożenia. Przeniesienie społeczności, która mieszkała wcześniej w domach ustawionych przy tradycyjnych ulicach, gdzie wszyscy się znali, do anonimowych bloków – jak to miało właśnie miejsce z Pruitt Igoe, skończyło się katastrofą. Prof. Kozina pisze, że to nie wina modernizmu a… „głównie bezrobotnych kryminalistów, którzy nie mieli środków na utrzymanie i nagminnie kradli oraz dokonywali rozbojów. Ponieważ policja nie potrafiła sobie poradzić z tysiącami przestępców skupionych na małym obszarze i pozbawionych perspektyw na resocjalizację, trzeba było zastosować rozwiązanie radykalne. Dzisiaj staramy się przeciwdziałać tego rodzaju patologiom społecznym, stosując gentryfikację”. Te słowa nas poraziły. Niewiedzą, ale i… rasizmem. Tak się składa, że to afroamerykańska społeczność zamieszkała w nowiutkich blokach w Saint Louis. Czyżby dla prof. Koziny każdy „czarny” był od razu, z definicji, przestępcą? No tak, moderniści to zazwyczaj przedstawiciele białej klasy z wyższy sfer. Dla nich Afroamerykanin to głupi złodziej, który nie tylko nie docenia uroków życia w modernistycznym bloku, ale i rozkrada wszystko wokół. Rozbawiła nas recepta historyczki sztuki na patologie blokowisk – to gentryfikacja! Już widzimy jak w blokach Pruitt Igoe zamieszkaliby bogaci biali, najlepiej artyści, zafascynowani dziełem Minoru Yamasakiego. Prof. Kozina stosuje więc demagogię, wszystko w obronie ukochanego modernizmu. Sama jednak bynajmniej nie mieszka w blokach na Tysiącleciu, czy Gwiazdach, o których pisze że katowiczanie się nimi zachwycają jak i: „dobrze się w nich czują (czemu dali wyraz, składając osobiście podziękowania Henrykowi Buszce podczas jego benefisu!), lecz także dlatego, że doceniają urok rzeźbiarsko uformowanych brył ulokowanych w ogrodowym krajobrazie i pomyślanych tak, by nie tylko widok z ich okna był piękny, lecz także by ogrzewanie i inne koszty utrzymania nie przeciążały nadmiernie funduszy skromnie żyjących katowickich rodzin”. Pani Kozina pisząc peany na część bloków sama mieszka na Nikiszowcu, ceglanym, uformowanym w tradycyjne kwartały, gdzie sąsiedzi z jednej klatki są w stanie znać się z imienia. Proponujemy jej przekonać się o urokach brył w parku i zamieszkać w bloku, gdzie za sąsiadów ma się tysiąc osób, a przy okazji ściany są tak cienkie, że można rozkoszować się w pełni życiem innych.

Wszelkie nasze konkretne argumenty, o tym co w Katowicach nie działa – prof. Kozina zbija argumentem, że Katowice mogą przecież być… mekką modernizmu jak Chandigarh w Indiach, a na Śląsk ściągną tłumy turystów, które będą u nas „zostawiać swoje dolary”. Tu możemy się zgodzić  z profesorką – miejsce modernizmu jest w muzeum, najlepiej historycznym, w sali pod nazwą „idee, które choć były słuszne, jak zwykle w realizacji nie wyszły”.

Na końcu swojego soczystego (pewnie przez naszą ślinę) tekstu prof. Kozina dokonuje wolty: „Naturalnie, modernizm wymyślony przez Le Corbusiera jest już staruszkiem nieodpowiednim dla naszych czasów, nie byłoby jednak źle, gdyby to właśnie w Katowicach prawdziwie modernistyczna postawa doprowadziła do stworzenia innowacyjnej wizji dla Europy drugiej ćwierci XXI wieku, która tchnęłaby nowe życie w ten nasz kryzysowo uśpiony Stary Kontynent”. Pani Profesor, ale jak ma się narodzić ta nowa architektura w Katowicach, skoro nie pozwala Pani w mieście nic ruszyć – chciałaby Pani zamienić je w muzeum? Jak mają tu powstać nowe ożywcze prądy, kiedy dominuje tu anachroniczna doktryna modernistyczna, a środowisko architektoniczne to towarzystwo wzajemnej adoracji, które nie dopuszcza nikogo, kto myśli inaczej? Sądzimy, że w dziedzinie manipulacji, a bardziej trudnej sztuki kazuistyki – musimy przyjść do prof. Koziny na korepetycję.

Chyba najbardziej merytoryczna była odpowiedź kolektywu Miastoprojekt (Paweł Jaworski, Michał Kubieniec). Swoim tekstem „Wyburzenie modernistycznego centrum Katowic niczego tak naprawdę nie zmieni”, również opublikowanym w Wyborczej (24 marca 2014) zainaugurowali wręcz działalność swojego kolektywu. Czujemy się więc zaszczyceni, że w swoim debiucie poświęcili nam aż tyle uwagi. W zasadzie w wielu miejscach się z nami zgadzają, choć też przypisują nam zbyt wiele intencji, których nie mieliśmy. Mówiąc krytycznie o doktrynie, która ukształtowała powojenne centrum – nie mówimy przez to, że trzeba od razu wyciąć cały modernizm, co sugeruje już tytuł. Wcale też nie uważamy, że mamy lekarstwo, „panaceum na miejskie bolączki” i to w postaci Nowego Urbanizmu i „kopenhagizacji”, jak na to Jaworski i Kubieniec nam wmawiają. Pokazaliśmy tylko kilka przykładów tego, że tam, gdzie świat nie zatrzymał się na modernizmie i jego gloryfikacji – powstają nowe prądy, które choć trochę starają się naprawiać błędy popełnione w miastach w pierwszych dekadach po II wojnie światowej. A już kompletnie nie zgadzamy się na przypisywanie nam resentymentów za XIX-wiecznym miastem, za rynkiem, a w końcu na dolepianej nam łatki „postmodernistów”. Nie jest też prawdą jakoby skupiliśmy się na formalnych, czy estetycznych zagadnieniach modernizmu. W zasadzie nawet podkreśliliśmy, że formalnie moderna nam się podoba, lubimy niektóre budynki z tego okresu. Przede wszystkim krytykowaliśmy modernizm za złe myślenie o mieście. Wykazaliśmy, co modernizm zniszczył – właśnie tradycyjnie pojmowane miasto. Nie był kontynuacją, a rewolucją, która wypaczyła pojmowanie miejsca. To nie znaczy, że optujemy teraz za powrotem do przeszłości. Mleko się już rozlało. I trzeba szukać rozwiązań. Czy wiemy jak zbawić Katowice? Chcielibyśmy być wszystkowiedzący, jak moderniści, którzy są przekonani o tym, że mają na wszystko odpowiedź. My nie mamy tej ich pewności. Jedno wiemy, czas modernizmu się skończył, powtarzanie jego błędów może być katastrofalne w skutkach dla Katowic (ale i w ogóle). Jeśli chcemy znaleźć jakieś wyjście z impasu – musimy zacząć rozmawiać o mieście otwarcie, a nie okopywać się na swoich stanowiskach i zamykać na argumenty inaczej myślących. Katowicom brakuje wizji, systemowych rozwiązań. Panuje polityka łatania dziur i pudrowania trupa (modernizmu). Niestety ospa modernizmu trzyma się dalej, co widać po zacietrzewieniu takich osób jak prof. Kozina.

tekst: Architecture Snob – Tomasz Malkowski & Marcin Szczelina