Polska w krzywym zwierciadle – ad vocem Mark Magazine #42

Polska architektura to historyzujące kościoły i muzea historyczne, ostatni bastion postmodernizmu Europy. Wszystko zgodnie ze stereotypem kraju katolickiego, zacofanego i konserwatywnego. Taki obraz architektury z kraju nad Wisłą wyłania się po lekturze ostatniego numeru Mark Magazine (# 42). Po przeczytaniu artykułu Huberta Trammera zastanawiamy się, czy na pewno mieszkamy w tej samej Polsce?

mark42-l-134171_slide

Szeroka prezentacja polskiej architektury w Mark Magazine (# 42, luty/marzec), a właściwie główny tekst Huberta Trammera „Polish Architecture in Transition” (Polska architektura czasu transformacji) zmusił nas do wyrażenia kontropinii – bo artykuł ten buduje zakrzywiony obraz polskiej współczesnej architektury. Z jednej strony Mark już na okładce zajawia „polski numer” Domem Autorodzinnym projektu KWK Promes, któremu poświęca spory artykuł, z drugiej publikuje przekrojowy, ale i chaotyczny tekst o Polsce Trammera, budzący w nas najwyższy sprzeciw! Autor kreuje w nim dziwnie zniekształcony obraz, przefiltrowany przez jego zachowawcze patrzenie na architekturę. Zastanawia nas, dlaczego do napisania tego przeglądu zaproszono Trammera, młodego architekta i dydaktyka, znanego z bardziej “technicznych” tekstów, niż wnikliwych i krytycznych analiz, co niestety odbija się na tekście opublikowanym w MARK-u. Cenimy Huberta Trammera za jego aktywność zawodową, pracę dydaktyczną, za tchnienie nowej energii w Wydział Architektury w Lublinie, za jego merytoryczne teksty, ale te opisujące architektonicznie budynki, nie silące się na analizę i krytyczne refleksje.

Jaki jest nasz największy zarzut odnośnie artykułu Trammera? To że skupił się na niszowych zjawiskach i twórcach, którzy swoje sukcesy mają już dawno za sobą – w swoim tekście wynosi ich na szczyty, jakby to oni teraz nadawali ton polskiej architekturze, natomiast pomija pracownie czy realizacje, które są bardziej reprezentatywne dla współczesnej architektury Polski. Co więcej – obraz zdają się zakrzywiać prywatne, konserwatywne poglądy autora, stąd tyle miejsca poświęca kościołom czy muzeum budowanym jako elementy polityki prawicowych partii.

9d80e29106a711f4229fd97fe5827e70,641,0,0,0

Główna część poświęcona jest rankingowi architektów. Dla autora najlepszym polskim projektantem jest Marek Budzyński, bo: „architekci powszechnie podziwiają go za spektakularne ogrody na dachu oraz pełne życia przestrzenie wspólne”. Fakt, taka jest Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie ukończona w 1999 roku – był to pierwszy publiczny gmach w Polsce z parkiem na dachu – za co uwielbiają go i studenci i warszawiacy – tu trzeba oddać honor Budzyńskiemu, stworzył niezwykle przyjemne miejsce do nauki i spędzania wolnego czasu. Jednak architektura biblioteki już w momencie oddania do użytku była archaiczna i przegadana, przeładowana detalami i cytatami z przeszłości. Ale już najnowsze dzieło Budzyńskiego, ukończona w 2012 roku Opera w Białymstoku – to spektakularna i horrendalnie droga porażka! To Hibernatus, którego zbudzono po 20 letnim śnie, tak mocno niedzisiejszy. Znów jest ogród na dachu i przesycanie symboliką, całość jawi się jako kakofonia form, architektoniczny lunapark. Budzyński jest z pewnością ważnym twórcą polskiej architektury, ale tej z przedrostkiem post-. Na pewno jednak nie jest najlepszym architektem w Polsce – jest mocno zapóźniony i raczej już nie zmieni swojej twórczej drogi, coraz bardziej oderwanej od rzeczywistości i współczesności.

Na drugim miejscu Trammer ustawia biuro KWK Promes prowadzone przez Roberta Koniecznego. Tu się zgadzamy, to jeden z nielicznych twórców w Polsce, który sieje intelektualny ferment swoimi projektami, prawie każdy jego budynek to kolejny eksperyment.

1ebedf1bdeb6fd7abcaa84bb1ffa7935,641,0,0,0

5d5da6773a2eeed80b3ffbf70f39eba1,641,0,0,0

Na trzecim miejscu autor artykułu stawia architektów z pracowni Centrala. Problem w tym, że to biuro praktycznie pozbawione większych realizacji! Owszem – są zaangażowani w ciekawe projekty takie jak wystawy, instalacje, aranżacje wnętrz, ale jednak nie budują. W MARK-u pokazano projekt kawalerki jednego  z architektów – Kuby Szczęsnego, ale co w niej jest ciekawego – pomalowana na pistacjowo podłoga? O ich ostatnim obiekcie, Domu Kereta, było głośno ze względu na… rozmiary. Okrzyknięto go bowiem najwęższym domem świata. Mark przedstawia w oddzielnym artykule ten obiekt. Ale znów jest to margines polskiej architektury. Żeby była jasność Dom Kereta jest ciekawy, wnosi nowy głos w dyskusji dotyczącej zagospodarowywania dziur urbanistycznych, których w naszych chaotycznych miastach nie brakuje, do tego jeszcze dialog z przeszłością miejsca, dawnym gettem warszawskim – dodaje projektowi pikanterii. Ale suma summarum to żadne epokowe dzieło – poświęcania mu tyle samo papieru co Domowi Autorodzinnemu – trochę wypacza hierarchię ważności.

Kolejnym architektem, nad którym w peanach rozpływa się Trammer jest Stanisław Niemczyk. Fakt – jest to twórca, który nikomu nie wadzi. Buduje głównie kościoły niewielkich parafii, zawsze przy współpracy wiernych. Jego budynki są kontekstualne, lokalne, ale i mocno historyzujące. Niemczyk nazywany bywa polskim Gaudim, bo jego obiekty pełne są niezwykłych detali będących odbiciem niesamowitej wyobraźni twórcy. Ale znów jest to architekt, który jest zjawiskiem całkowicie osobnym, który nie stanowi o polskiej architekturze, który jest poza czasem – choć tworzy uniwersalne, metafizyczne obiekty, to jednak są one niszowe. Przy tym jego przeogromna wrażliwość na materiał i budulec – mogłaby go predysponować do bycia twórcą tej miary co Peter Zumthor, ale jednak gubi swój talent i sensualność w bogactwie detali, symboli, których nie potrafi w pełni przełożyć na współczesny język, co skazuje go na wieczny margines. Niemczyk jest jednym z tych architektów, których szanujemy niezwykle – za konsekwencję, charyzmę, głęboką duchowość – jednak zawsze będzie sytuowany gdzieś na antypodach głównego nurtu architektury, na styku z postmodernizmem, czy którymś z historyzmów.

0dfe77c74e1ea633440306a23d0dd9a6,641,0,0,0

Dopiero po Niemczyku pojawia się warszawska pracownia JEMS Architekci. Dla nas to ona obok Koniecznego jest zjawiskiem numer 1. w Polsce. Dla Trammera to głównie projektanci komercyjnych biurowców na wysokim poziomie. Wiemy, że ograniczone rozmiary  tekstu nie pozwolił autorowi na pełną charakterystykę projektantów, ale przedstawienie tylko jednego zdjęcia – i to ich mniej znaczącej realizacji mieszkaniowej w Warszawie – znów wypacza obraz. JEMS-i to pracownia, która dorobiła się własnego języka, tworzą wyrafinowane budynki, niezależnie od funkcji – łączy je klarowna struktura i niezwykła przestrzenność. Zaprojektowana przez nich siedziba Agory w Warszawie, polskiego potentata medialnego, do dziś stanowi jedno z największych dokonań w dziedzinie przyjaznej i zindywidualizowanej przestrzeni biurowej w kraju. To pierwszy budynek, gdzie open space jest nie tylko w poziomie, ale i wertykalnie – poprzez system przepruć, atriów z ogrodami na różnych poziomach.

Za JEMS-ami Trammer plasuje Romualda Loeglera, znanego krakowskiego architekta. Wylicza jego zasługi: stworzenie Biennale Architektury w Krakowie (zapomniał dodać, że dziś to kompletnie martwa impreza, właściwie już triennale o zerowej pozycji w kraju, nie wspominając o skali międzynarodowej) i założenie miesięcznika „Architektura & Biznes”, które jest jednym z kilku ważnych pism o architekturze w Polsce. Wypada zgodzić się ze stwierdzeniem autora, że „opinie co do projektów Loeglera są podzielone”. Dla nas to zbyt łagodna ocena dokonań tego architekta, choć ma niezwykłą pozycję w Krakowie, to jednak jest to przykład megalomana, którego talent nie nadąża przed narcystycznym, artystowskim ego. Jest autorem katastrofalnej Opery w Krakowie (już po otwarciu trzeba było robić remont, autor zrobił za mało wyjść ewakuacyjnych z widowni), która wygląda bardziej jak podmiejski biurowiec niż ważny obiekt kultury, czy Filharmonii w Łodzi, przeklinanej przez muzyków za jej fatalną akustykę (ściany sali wyłożono granitem, jest tam pogłos niczym w gigantycznej łazience). Znów jest to twórca na pograniczu modernizmu, jednak przesiąknięty zabawą formami, które sytuują go na styku z postmoderną.

Dopiero potem Trammer wymienia Stefana Kuryłowicza, który zginął w katastrofie lotniczej w 2011 roku. Rzuca myśl, że Kuryłowicza krytykowano, bo „był bardziej biznesmenem niż architektem”. Śmiemy twierdzić, że właśnie przez sukces komercyjny Kuryłowicz stanowił dla polskich architektów niedościgły wzór – prowadzenia pracowni i rozbudowywania jej w solidne struktury korporacyjne. Jeśli miał wrogów, to tylko przez zazdrość. Tak naprawdę był to jeden z najważniejszych architektów w Polsce po 1989 roku, autor wielu gmachów w centrum Warszawy, ich wielkomiejski sznyt, najwyższa jakość technologiczna – stawiają go w nurcie high-tech, co w polskich, często dość ograniczonych budżetach inwestycyjnych, jest rzadkością.

Wyliczankę Trammer dopełniają jeszcze inni architekci, ale chcemy się także odnieść do pewnych „złotych myśli” autora. Np. winę za polskie urban sprawl, rozpływanie się miast – rzuca na barki faktu, że budowa domu na przedmieściach jest tańsza niż zakup mieszkania w mieście. Zapomina, że to normalne na całym świecie! Pomija faktyczne problemy Polski – brak planów miejscowych, strategii rozwoju miast, przez co ich zagospodarowanie to raczej wolna amerykanka, kapitalistyczna gra, w której deweloperzy budują gdzie chcą i co chcą. Przemilcza też jeden z największych felerów polskiej architektury, czyli wadliwą ustawę o zamówieniach publicznych. W Polsce na większość gmachów publiczny organizowane są przetargi, gdzie… wybiera się najtańszy projekt, bo tak każe ustawa (w myśl błędnie rozumianej idei „oszczędnego państwa”). To powoduje, że typowa polska szkoła czy urząd jest fatalnie zaprojektowany!

Najzabawniejszy jest fragment, w którym autor jako moment przełomowy dla polskiej architektury wymienia otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego w 2004 roku. Dodajmy, że architektonicznie obiekt ten jest nieciekawy, ot poprawna adaptacja dawnej elektrowni na cele muzealne. Tę realizację nazywa wielkim sukcesem politycznym ówczesnego prezydenta miasta – Lecha Kaczyńskiego (późniejszego prezydenta Polski, który zginął w katastrofie lotniczej w 2010 roku), i przekonuje, że budynek ten „miał olbrzymi wpływ na życie społeczne”. Niestety przemilcza fakty, że muzeum było lansowane przez prawicowego, konserwatywnego polityka, uważanego za najsłabszego prezydenta po 1989 roku, że miało być częścią całego ciągu muzeów historycznych (Muzeum Historii Polski, Muzeum Wojska Polskiego – na razie niezrealizowanych) będących narzędziem polityki historycznej prawicowych ugrupowań. Pomija też sprawę, że  w Warszawie do dziś nie wybudowano Muzeum Sztuki Nowoczesnej (skandaliczne zerwanie współpracy przez miasto z Christianem Kerezem, który wygrał konkursu na projekt muzeum), bo urzędnicy wolą właśnie stawiać kolejne muzea historyczne lub populistyczne stadiony niż obiekty poświęcone sztuce, zazwyczaj krytycznej wobec władzy.

Trammer wspomina również o organizacjach, które mają szanse uzdrowić polską przestrzeń. Wymienia jednak lokalne, znów bardzo niszowe i oddolne inicjatywy. Owszem, wszystkie one wykonują świetną robotę, jak na przykład Stowarzyszenie Miasto Moje a w Nim, które walczy z reklamami w  mieście – będącymi prawdziwą plagą Polski. Niestety autor pomija organizacje, które mają istotny wpływ na architekturę i środowisko – jak Izbę Architektów czy Stowarzyszenie Architektów Polskich, najstarszej organizacji zawodowej w Polsce, istniejącej od 1934 roku, która zajmuje się promocją dokonań polskich architektów, organizuje konkursy, wystawy, wydaje książki oraz ogólnopolski dwumiesięcznik ARCH. Nie ma też słowa o tych wydarzeniach, które mają wielki ładunek popularyzatorski jak i krytyczny, np. warszawski festiwal Warszawa w Budowie, poświęcony przestrzeni miasta, czy festiwal Alternativa, o międzynarodowym charakterze, dedykowany sztukom wizualnym, ale poprzez kontekst miejsca (odbywa się na terenach dawnej Stoczni Gdańskiej) podejmujący wątki architektoniczne.

f1588a02d5e48e93210a7ce43caaf76d,641,0,0,0

Obrazu polskiej architektury w MARK-u dopełnia mapa Polski z zaznaczonymi najważniejszymi architektami. Poraża ona białymi plamami na zachodzie i północnym-wschodzie. Owszem, Polska jest mocno scentralizowana – najwięcej powstaje w stolicy, tu też działają największe pracownie. Jednak po publikacji, która ma ambicję być obiektywnym i  kompleksowym przeglądem stanu polskiej architektury – wymaga się większego rozpoznania tematu. Trammer tworzy mapę według swojego klucza, która nijak nie ma się do rzeczywistości! Autor uprawia jawną propagandę – wywyższając niszowych architektów, zwykle przedstawicieli dogorywającego postmodernizmu, którzy bardziej pasują do muzeum osobliwości, niż do prezentowania architektury Polski na arenie międzynarodowej, a z kolei przemilczając twórców progresywnych, poszukujących, nadających ton rodzimej architekturze, architektów, którzy teraz budują współczesną Polskę.

Na mapie zabrakło architektów z Wrocławia – Romana Rutkowskiego czy Tomasza Głowackiego, autorów ciekawych domów jednorodzinnych, ten ostatni to również projektant niedawno ukończonego nowego gmachu ASP we Wrocławiu – całkowicie szklanego, surowego, minimalistycznego, dalekiego od blichtru budowanych obecnie budynków szkół wyższych. Pominięto też młodą pracownię KameleonLab, czyli Kubę Woźniczką i Rafała Specylaka, którzy już mają na koncie parę odważnych domów, w tym chyba najgłośniejszą modernizację tzw. kostki polskiej z lat 60. Do tego jeszcze zupełnie wyrugowano kilka warszawskich pracowni, które – choć może nie eksperymentują zanadto, to jednak reprezentują w skali kraju najwyższy warsztat – jak Grupa 5, autorzy m.in. przebudowy dworca kolejowego we Wrocławiu, gdzie udało im się stworzyć prawdziwą przestrzeń publiczną, co w Polsce jest pietą Achillesową, czy pracownię ARÉ, projektantów terminalu lotniska w Lublinie, gdzie przy wielu ograniczeniach stworzono ciekawą, ikoniczną formę. Pominięto też z Katowic Tomasza Koniora, dziś staje się on największym specjalistą od obiektów muzycznych, teraz realizuje największą salę koncertową w kraju, nową siedzibę NOSPR w Katowicach. Zabrakło kompletnie dwóch ważnych krakowskich pracowni: Ingarden & Ewý – autorzy ukończonego niedawno Małopolskiego Ogrodu Sztuki (choć dla nas trochę zbyt dekoracyjny, pracowania ma jednak na koncie ciekawe realizacje jak np. Ambasadę Polski w Japonii) oraz biuro Lewicki i Łatak – projektanci placu Bohaterów Getta w Krakowie czy świetnej mieszkaniówki Corte Verona we Wrocławiu. Trammer nie wspomina też o pracowniach, o których może być już wkrótce głośno – bo wygrały konkursy na ważne gmachy, jak choćby nsMoonStudio i Stanisław Deńko, realizują właśnie zawieszone w powietrzu Muzeum Kantora w Krakowie, czy Studio Architektoniczne Kwadrat z Trójmiast czekające na realizację swojego konkursowego projektu na budynek Muzeum Drugiej Wojny Światowej w Gdańsku. Zapowiada się na najbardziej „ikoniczny” obiekt muzealny w Polsce, bo tak się jakoś dotychczas zdarzało, że realizowano u nas projekty proste wręcz minimalistyczne – ten ma szansę zaspokoić Polaków głód spektakularnych ikon! W tym zestawieniu brakuje jeszcze całej masy młodych architektów – jak Aleksandry Wasilkowskiej, Jacka Krycha, Bartosza Haducha, 137 Kilo i innych.

Polska to biała plama na mapie architektury świata. Rzadko który krytyk architektury z wielkich magazynów zapuszcza się w te strony. Budynki polskich architektów w atlasie Phaidona można policzyć na palcach jednej ręki. Nic dziwnego, że każda większa publikacja w prasie międzynarodowej poświęcona polskiej architekturze przyjmowana jest w Polsce z nadzieją na dokonanie wyłomu w murze ignorancji. Niestety publikacja w MARK Magazine nie zmieni tego stanu rzeczy. Pozostaniemy białą plamą, ewentualnie miejscem ciekawostek i kuriozów, gdzie domy buduje się w szczelinach, a kościoły wciąż w stylu romańskim.

Jednak najważniejszym problemem polskiej architektury, co pokazuje dobitnie publikacja w MARK-u – jest totalny brak rodzimej krytyki architektonicznej. Nie tylko nie ma jej kto pisać, bo w Polsce nie ma takiego zawodu jak krytyk architektury (parają się tym zwykle czynni zawodowo architekci, co siłą rzeczy zawiązuje im ręce), nie ma też pism, które nie bałyby się publikować mocnych, krytycznych, publicystycznych tekstów, pisanie nie jest ciągle należycie opłacane, stąd może stanowic tylko zajęcie doraźne. Polskie magazyny propagują wygodne poklepywanie się po plecach. Krytyka jeśli jest, to ta prowadzona przez niezależnych krytyków.

Cieszymy się, że możemy przedstawić swój punkt widzenia, ale już czujemy, jakie cięgi na nas padną w Polsce za wyrażenie własnych myśli. Nie będziemy jednak bezradnie patrzeć, jak lansuje się karykaturalny obraz polskiej architektury!

Architecture Snob

źródło zdjęć: frameweb.com; konieczny.natemat.pl