Snoby na DMY w Berlinie

Jako że snobujemy się nie tylko na dobrą architekturę, ale i design – nie mogliśmy nie pojechać na międzynarodowy festiwal designu DMY w Berlinie. Tym bardziej, że zaprosił nas Design Silesia, z którym od jakiegoś czasu współpracujemy.

DMY International Design Festival to impreza, której nie trzeba robić reklamę. Ma przyjazny i luzacki klimat, jak cały Berlin. To nie wysokobudżetowy i megapoważny festiwal w typie Mediolanu. Tu można spotkać przede wszystkim młodych projektantów i poszukających twórców oraz całą masę szkół projektowych z Europy, a wszystko w klimacie garażowym. Choć w tym wypadku – hangarowym, bowiem festiwal od kilku lat zajmuje przestrzenie nieczynnego już lotniska Tempelhof (ach ta faszystowska architektura!).

DSC_1218_edit

W tym roku szczególnie mocna była polska prezentacja, za sprawą wystawy Polish Design Focus. Nasz kraj był bowiem głównym gościem festiwalu. Jeszcze nigdy w historii polski design nie miał tak wielkiej prezentacji u naszego zachodniego sąsiada. W Berlinie zaprezentowało się ponad 40 polskich studiów projektowych, szkół i producentów. Wśród tych pierwszych były m.in. Ola Mirecka, Kabo&Pydo, Tabanda, Malafor, czy Kafti (pozdrawiamy Monikę Brauntsch z Kafti, która z nami szlajała się po Berlinie). Z firm mile wspominamy wizytę na stoisku naszego zaprzyjaźnionego magazynu Design Alive, którego redakcję spotkaliśmy na miejscu. Choć stoisko to złe słowo, cieszyńska redakcja w środku hangaru stworzyła strefę wypoczynkową – rzecz niezwykle ważną w natłoku zwiedzania i ciągłego nadwyrężania nóg.

IMG_3553_edit

Polska sekcja naprawdę robiła wrażenie, na tle wystawców z innych krajów mieliśmy i świetne obiekty i pomysłową aranżację. Już plakat reklamujący Polish Design Focus ukazywał nasze najmocniejsze atuty – innowacyjność pomysłów i pozbawione kompleksów czerpanie z tradycji. Na afiszu były bowiem zestawione dwa stołki: Plopp od Oskara Zięty, prawdziwy high-tech w świecie designu oraz stołek Ribbon Jana Lutyka, wykonany z wygiętej sklejki, wyglądający jakby był uformowany z jednej wstęgi drewna.

IMG_3820_edit

Na płycie lotniska szczególnie w oczy rzucały się czarno-żółte kontenery od Design Silesia. To ich ruchoma wystawa Mobilny Kontener Designu, która przedstawia w pigułce dokonania polskiego designu ostatnich kilku lat. 17 najciekawszych polskich produktów sygnowanych nazwiskami polskich projektantów i wyprodukowanych w Polsce jest zaprezentowanych w dwóch dalekomorskich kontenerach transportowych, które zaadaptowano na pawilony wystawowe.

IMG_3557_edit

Jednak nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy jednak nie pokręcili trochę nosem. Choć polski design jest silny i dobrze się zaprezentował na DMY to zabrakło nam myśli i konceptu kuratorskiego całego festiwalu. W dwóch hangarach zestawiono trochę bez ładu i składu prawie pół tysiąca wystawców. Brakował czasem nawet dobrej selekcji, bo spotkaliśmy po prostu słabe produkty czy żenujące stoiska, gdzie na kilku (odpadających) wydrukach, ktoś pokazywał swoje wypociny.

DMY choć ma fajną atmosferę, trochę piknikową, to jedna rozczarował nas… swoimi skromnymi rozmiarami. PR-owcy imprezy zapowiadają ją jako największe wydarzenie, a tak naprawdę to zaledwie dwa hangary i kilka wydarzeń na mieście. Na tym tle łódzki czy gdyński festiwal designu – nie mają się czego wstydzić!

DSC_1214_edit

Jednak właśnie brak przewodniej myśli, jakiegoś klucza – był najbardziej dotkliwy. Co do polskiej ekipy, też nam brakowało paru nazwisk. Oglądaliśmy te same projekty tych samych designerów co zawsze. Uwielbiamy Ziętę, ale on jest wszędzie. Skoro Berlin stawia na młodych i szuka tych stawiających pierwsze kroki, z unikatowymi prototypami – to dlaczego polską ekipę prezentował standardowy zestaw? Zabrakło odwagi albo… porządnego researchu.

Na szczęście nie samą wystawą człowiek żyje. Tak się składa, że Design Silesia oprócz nas zaprosił na ten wyjazd studyjny grupę przedsiębiorców, projektantów i urzędników z województwa śląskiego – to była fajna ekipa, z którą spędziliśmy super czas w Berlinie.

Dzięki DS odwiedziliśmy też kilka instytucji promujących design jak i tworzący sieć współpracy pomiędzy projektantami i producentami, w tym Planet Modulor. Niezłe wrażenie wywołała w nas wizyta w Betahaus w samym centrum Kreuzbergu  – to przestrzeń co-workingową, która powstała w dawnym NRD-owskim biurowcu. Stworzono przyjazne miejsce, gdzie młodzi ludzie z branż projektowych mogą niezwykle tanio wynająć przestrzeń do pracy – a wszystko w atmosferze przypominającą połączenie kawiarni i biura w domu. Nawet podwórko jest tu kreatywne – stworzono tam przestrzeń pod miejską uprawą warzyw i owoców, każdy chętny może tam sobie coś zasadzić.

Ciekawym punktem była również wizyta w siedzibie Nemona – to pilotażowy projekt sieciujący berlińskich projektantów mody ze szwaczkami, czy artystami rękodzieła. Dzięki Nemona bezrobotne kobiety z tureckiej mniejszości zyskały zajęcie, wykorzystano ich talenty do szydełkowania, czy haftowania – swoimi talentami wspomagają projekty młodych designerów. Przedstawicielki Nemona zabrały nas do kilku showroomów, co źle się skończyło dla naszych portfeli, ale za to nasze szafy wzbogaciły się o kilka krótkoseryjnych ciuchów.

IMG_3561_edit

Mocnym punktem wyjazdu było jedno z wydarzeń DMY – Nacht Schicht (dosłownie: Nocna Zmiana), przez jeden wieczór można było zwiedzać pracownie projektowe porozrzucane po całym Berlinie. Dzięki temu podejrzeliśmy jak pracują berlińscy designerzy, projektanci mody, architekci czy graficy. Oczywiście każdą kolejną pracownię pamiętamy trochę mniej, bo zwiedzanie było połączone z wszechobecną imprezą. Kulminacja odbyła się w pracowni IXDS, gdzie było największe party! Marcin dobrał się tam do drukarki 3D, chciał wydrukować nasze logo, ale komputer odmówił posłuszeństwa i wypluł z siebie banalne serduszko. Zrobiliśmy za to furorę – podszywając się pod team Zahy Hadid. Ludzie przyklejali sobie taśmą imiona i nazwy firm, w których pracują w celu lepszej integracji (i otrzymania przy barze darmowych drinów), my podając naszą ukochaną Zaszkę nie mogliśmy się odpędzić od fanów. Nagle wszyscy nas kochali (pozdrawiamy Shakirę rodem z UK – tak, tak się naprawdę nazywała! pokazała nam nawet swoje ID). Tomek po wypiciu kilku Moscow Mule udawał nawet, że zna irakijski, co miało uwiarygodnić nasze kontakty z Zahą.

IMG_3579_edit

Co jeszcze zapamiętamy z Berlina? Nocną jazdę na rowerze po Kreuzbergu, kebab o nazwie Gropius, ucztę w Katz Orange na Mitte w towarzystwie genialnej smakoszki Oli Czapli-Osliso, powitanie Ani Kubicy, tańce w Miami, gdzie nagle okazało się, że przy barze pracują polskie barmanki, nocne wypady po currywurst, kierowcę „Szybkiego” Staszka i wiele innych, których opisy cenzura nam nie przepuściła.

IMG_3687_edit1

Podsumowując – DMY to wciąż młoda impreza, której trzeba wiele wybaczyć. Trochę rozczarowuje, ale daje energetycznego kopa – jak zresztą cały Berlin. Za rok też się tam wybieramy!