Kac Venice

Do Wenecji przypływamy co dwa lata nie tylko, by celebrować wystawy i oddawać się intelektualnej rozpuście. Powodem jest też samo spotkanie znajomych kuratorów, krytyków architektury z całego świata na licznych, sprzyjających integracji party i wernisażach. Zresztą nigdzie w całym wszechświecie, żadna impreza o architekturze nie skupia w jednym miejscu najważniejszych osób: krytyków, dziennikarzy, kuratorów, dyrektorów ważnych instytucji. Znaczna cześć tych osób przyjeżdża do Wenecji po to, aby spotkać znajomych, którzy na co dzień mieszkają w skrajnie rożnych miejscach świata. Dni zamknięte, czyli tzw. preview to właśnie czas nie tylko wernisaży, ale przede wszystkim niesamowitych imprez. Barry Bergdoll, kurator architektury w nowojorskim MoMA mówi wprost: „Zaplanujcie podróż tak, by zostać po zakończeniu imprezy i zobaczyć wszystko to, o czym słyszeliście przy kieliszku Prosecco, ale czego nigdy nie mieliście okazji zobaczyć”. Nie bylibyśmy sobą — Snobami par excellence — by i tej części Biennale nie odpuścić sobie. Co nas w tym roku zaskoczyło, a co było totalnym objawieniem? Które imprezy były najlepsze? Dla nas numerem jeden był kraj, który zadebiutował w Wenecji!

TLO_KAC

Weekend otwarcia już za nami (piszemy weekend, choć zaczął się przecież w środę, bo właśnie od środy wystartował preview — czas najlepszych imprez biennalowych). Poszczególne kraje uczestniczące w wystawie przygotowują wernisaże, a niektóre też huczne party. Do tego cała masa przyjęć organizowanych przez instytucje, wydawnictwa, magazyny, firmy i same gwiazdy architektury — cały architektoniczny kosmos. Nie ma co ukrywać, status i pozycja zawodowa mierzona jest od ilości zaproszeń na najbardziej wild imprezy. Skrywana prawda o Biennale: cały architektoniczny światek zamiast układać sobie grafik otwarć pawilonów narodowych, planuje… harmonogram imprez. Na tych najbardziej wykręconych w kosmos, można spotkać same gwiazdy architektury. Standardowa selekcja na tzw. bramce, najbardziej drogie hotele i luksusowe pałace, najlepiej z dużym tarasem z widokiem na Canal Grande to już standard! Poniżej nasze must be, a raczej „jak cię nie było, to żałuj”.

Jadąc do Wenecji skrupulatnie przeglądaliśmy listę zaproszeń na imprezy, obiecywaliśmy sobie, że w tym roku większość z nich odpuścimy, bo jednak po raz pierwszy testujemy na żywo nasz wenecki blog. Długo ze sobą walczyliśmy, żeby nas nie kusiło. Na czas pobytu w Wenecji zaszyliśmy się nawet na wyspie Lido w hotelu Excelsior, żeby tylko być dalej od ground zero. Niestety nie udało nam się! Już w środę rozdzwonił się telefon z pytaniem „where are you?”. I tak pierwszą imprezą, na której gościliśmy, było wieczorne cocktail party związany z odsłonięciem instalacji artystycznej Heinza Macka „The Sky Over Nine Columns” przed frontem kościoła San Giorgio Maggiore. Podobnie jak samo dzieło (tytułowe 9 kolumn, pokrytych złotą mozaiką), tak i owo przyjęcie było na bogato. Impreza w pałacu należącym do Fondazione Giorgio Cini była jak wstępne kadry z filmu „La grande bellezza”. Byliśmy jedynymi nie-Włochami na niej, bo zaszczycili ją tylko „lokalni” milionerzy, mecenasi sztuki oraz całe towarzystwo poruszające się prywatnymi motorówkami. Spritz wypijany w cieniu renesansowych arkad pozwalał nam kontemplować świat wyższych sfer. Jak się potem okazało wyspa San Giorgio Maggiore miała być naszą ulubioną destynacją!

Ten dzień nie miał się szybko skończyć. Po wprawieniu się w proseccowy nastrój podążyliśmy wąskimi uliczkami do hotelu Bauer na imprezę magazynu PIN-UP. 5-gwiazdkowy hotel to właściwie wenecka instytucja owiana legendą, to tutaj odbywało się większość najdziwniejszych imprez z „Panda Wears Prada” na czele. Na imprezę PIN-UP dotarliśmy ze znajomymi redaktorami z The Architect’s Newspaper oraz Architectural Digest. Party połączone było z premierą nowego numeru. Nie zabrakło oczywiście Felixa Burrichtera, założyciela PIN-UP (swoją drogą za każdym razem jak czytamy ten magazyn to odpływamy, bezkompromisowy pod każdym względem!) zarazem redaktora naczelnego i dyrektora kreatywnego w jednym oraz Andrew Ayersa, redaktora PIN-UP z Paryża. W najnowszym wiosenno-letnim numerze tego półrocznika m.in. super gorąca sesja  Evy Franch i Gilabert (ubrana jest tylko w biżuterię!). Na jednym z podpisów do zdjęć Eva mówi: „I would like to go to the moon”. Tak Eva, z Tobą to nie tylko na Księżyc! Dyrektorka nowojorskiego Storefront for Art and Architecture oczywiście też była na imprezie i jak zwykle miała najlepszą kreację. Spotkaliśmy również Jürgena Mayera H., wypatrzyliśmy Beatrice Galilee (od niedawna mieszkanka Nowego Jorku), Charlesa Renfro, którego spotykamy już standardowo tylko na imprezach (ciekawe jakie są jego wykłady, jeżeli takie jak opowieści Charlesa przy Prosecco to idziemy w ciemno). Charles chciał jednemu z nas zabrać papierową koszulę, bo mu się podobała, miał też powody do humoru, dzień później były jego n-te 18 urodziny (jeszcze raz wszystkiego naj!). Wpadliśmy na Marca Kushnera, założyciela Architizera, jak zwykle wyglądał nienagannie i szarmancko witał gości. Spotkaliśmy Jeffreya Inaba (spacelab) i wiele, wiele innych osób. Wspomnimy tylko, że standardowo już w hotelu Bauer po kilku godzinach impreza z tarasu przeniosła się na parkiet do hotelowego klubu.

Nie będziemy opowiadać tu wszystkich imprez, bo tak jak nie sposób ogarnąć wszystkich wystawy na Biennale, tak też i wernisaży oraz party.

W telegraficznym więc skrócie: party BIG-a było największą porażką. Wszyscy na nie poszli, może dlatego, że zaproszenie było rozprowadzane pocztą pantoflową,  co skończyło się, że przyjęcie w niewielkim apartamencie na ostatnim piętrze pewnej kamienicy wyglądało jak studencka impreza, która wyrwała się spod kontroli. W korytarzu prowadzącym do mieszkania utknęliśmy wraz z Oliverem Wainwrightem (krytykiem architektury i designu Guardiana) nie mogąc się —  dosłownie ruszyć. Tysiąc osób w kilku pomieszczeniach! To pokazuje, jak szybko przenoszące się informacje o pewnych wydarzeniach czasami działają ze szkodą dla nich — było nas po prostu za dużo!

Rozczarowujące było też party Portugalskiego Pawilonu oraz DISCO-coś tam Litwinów, które zapowiadało się tanecznie, ale niestety było niemrawo.

Impreza amerykańska w Peggy Guggenheim — też mocno przereklamowana. Za dużo osób, za sztywno — drodzy, wprowadźcie większą selekcję i niech impreza trwa dłużej niż kilka godzin. Dodatkowo na bramce stały osoby, które nie radziły sobie z listami osób zaproszonych, przez co tworzyła się długa kolejka na wejściu, ale i dość napięta atmosfera. Z plotek, od których huczało w Wenecji to to, że Aaron Betsky nie został na nią zaproszony.

W tym samym czasie odbywała się impreza, która… okazała się czarnym koniem Biennale. Jak przystało na Snobów popłynęliśmy na San Giorgio Maggiore, mając w pamięci złote kolumny i trunki. Na wyspie na swoją imprezę zapraszała Turcja, nikt nie wiedział, czego się spodziewać, bo to przecież kraj debiutujący na Biennale Architektury. Nasze ryzyko się opłaciło — Turcja postanowiła wystartować z grubej rury. Na imprezie było wszystko, czego dusza i ciało zapragnie (o jedzeniu i piciu, nie wspomnimy, bo to oczywistość, co prawda ilość posiłków oraz długie stoły biesiadne w podcieniach pałacu przypominały wielkie wesele). Na zaproszeniu na imprezę był dres code — czerń z elementami czerwonymi. Był nawet program artystyczny — śpiew operowy, który z biegiem czasu i ilością spożywanego przez gości Prosecco przemienił się… w dyskotekę zawiadywaną przez DJ-a. Tak, to już było naprawdę filmowe „wielkie piękno” — scena z imprezą na dachu! Jeszcze wspomnimy, że spotkaliśmy Sarah Jessica Parker, która na głowie miała konstruktywistyczny kapelusz. Był nawet taniec brzucha, a także tłum tańczących, który przejął scenę… Turcja pokazała w Wenecji jak się bawić z fantazją i azjatyckim przepychem. W dodatku pomyślała też o poranku poimprezowym organizując wyśmienite kac-śniadanie.

Ale czasami do szczęścia wiele nie trzeba. Z rozrzewnieniem będziemy wspominać poranki, kiedy wracało się przez pusty jeszcze plac św. Marka. Wino wypite z Francuzami i Włochami na schodach przezd bazyliką, patrząc jak pierwsze promienie słońca różowią wierzchołki kopuł. Czy mały jazzowy koncert w jednym z niewielkich pubów, gdzieś w jakiejś uliczce za Arsenałem. La vita è bella!

09.07.2014