TOP 10 – najlepsze wystawy narodowe

Które wystawy w pawilonach narodowych podczas tegorocznego Biennale Architektury zrobiły na nas największe wrażenie? Które wnoszą coś nowego do architektonicznego dyskursu? W gąszczu Giardini i Arsenale niech pomocą okaże się nasz subiektywny przewodnik po dziesięciu najlepszych wystawach narodowych. Ekspozycje są bardzo różne, my stawiamy na te, które rozpięte są od wyrafinowania intelektualnego, po sensualność, od metafory do parodii

Switzerland (1)_Fotor

1.

Szwajcaria: „A stroll through a fun palace”

Switzerland (4)_Fotor

Jeśli po coś się jeździ na Biennale do Wenecji to w szczególności (oprócz picia Spritzu, który najlepiej smakuje właśnie nad laguną) po intelektualne objawienie albo chociaż rozbudzenie. Większość wystaw narodowych w Giardini czy Arsenale prezentuje się jak wydruk z wyszukiwarki google — zalew informacji, niczym powódź encyklopedyczna, która podtopiła niejeden pawilon. Ferment intelektualny zasiewają tylko niektóre. Wśród nich naszym numerem jeden jest Szwajcaria. Nie możemy zrozumieć, dlaczego nie dostała żadnej nagrody i jest pomijana w innych tego typu zestawieniach.

Już same nazwiska mogą przyprawiać o gęsią skórkę. Kurator — nie kto inny tylko sam Hans Ulrich Obrist! Dla nas nie tylko jeden z najlepszych kuratorów na świecie, ale i interlokutor — jego rozmowy z architektami to bestsellery — wydawnicze, ale i ekspozycyjne. Jakby tego było mało wystawę szwajcarską projektował duet Herzog & de Meuron, a współpracowało wielu innych architektów i artystów jak choćby Olafur Eliasson, czy Atelier Bow-Wow. Ale nie o nazwiska tu chodzi, a o samą wystawę.

Pozornie w pawilonie nic nie ma. Jest pustka. Tytuł wystawy zdradza tylko, że cała ekspozycja rozwija się wokół dwóch osób. Tytułowe stroll, czyli przechadzka, to nawiązanie do strollology, czyli promenadologii, terminu, który ukuł szwajcarski socjolog Lucius Burckhardt. Z kolei Fun Palace to jeden z wielu niezrealizowanych wizjonerskich projektów Cedrica Price’a. Obaj byli wielkimi innowatorami, choć sporo ich różniło. Ich zestawienie w jednym pawilonie tworzy osobliwe napięcia. Fun Palace miało być nowym typem muzeum, godnym XXI wieku, zamiast tradycyjnego wystawiania obiektów oparte miało być na zdarzeniach, wspólnych doświadczeniach, efemerycznych zjawiskach. U Burckhardta chodzenie, wywyższone do gałęzi socjologii i urbanistyki — miało znaczenie poznawcze. W czasach, gdy coraz bardziej jesteśmy wyabstrahowani z otoczenia (czy to poprzez technologię, czy przez architekturę)Burckhardt apelował o zapuszczanie się w miasto, przechadzanie się poznawcze.

Czym więc jest szwajcarska wystawa? Właśnie taką przechadzką po Fun Palace. Puste sale, gdy tylko wejdzie parę osób, zapełniają się aktorami, którzy na wózkach wwożą idee Price’a — jego projekty ukazane są na rysunkach, kalkach, wydrukach, makietach. Opowiadają o nich właśnie performerzy. Każdy stół to inna idea. Każde wejście do pawilonu to inny układ ludzi, zdarzeń, sytuacji.

Jakby tego było mało patio w szwajcarskim pawilonie miało w tygodniu otwarcia najlepszy programy wykładów i dyskusji, do których Obrist zaprosił chyba wszystkich znaczących architektów i kuratorów ze świata. W dwudniowym maratonie można było posłuchać i artysty Tino Seghala, i samego Rema Koolhaasa, czy Bernarda Tschumiego. Dla nas, jako kuratorów, bardzo ciekawa była seria miniwykładów specjalistki od prezentacji sztuki i architektury — Dorothea von Hantelmann. W ciągu dwóch dni przedstawiła ona w kolejnych odsłonach historię ekspozycji w ogóle, od starożytności, aż po współczesne praktyki kuratorskie.

Szwajcarski pawilon buzował od intelektualnego fermentu. Przy tym wszystkim wystawa miała to coś, co nas szczególnie kręci. Performatywność wszechobecna w pawilonie tworzyła rodzaj misterium, które choć doświadczane wspólnie, przeżywa się osobiście. To wystawa, której — gdy tylko poświęci się jej trochę czasu i skupienia — nie zapomni się szybko.

Wielki plus za intelektualne misterium

2.

Rosja „Fair enough” 

Russia (9)_Fotor

Pawilon Rosyjski choć stojący w Giardini prawie po sąsiedzku ze szwajcarskim — zdaje się być na totalnie przeciwnym biegunie. Jest tu wszystko to, za co kocha się i nienawidzi jednocześnie Rosję: duże pieniądze, luksus, przepych, rozpasanie, fantazja, cynizm i humor, czasami czarny jak smoła. To jakby rewers wystawy Szwajcarii, która jest z kolei kontemplacyjna, spokojna, wyważona i intelektualna. Ale i tu i tu obecny jest element performence.

Rosja postanowiła dość drobiazgowo podejść do hasła Koolhaasa „Absorbing modernity 1914-2014” i pokazać 100 lat narodzin nowoczesnej architektury — od radzieckich konstruktywistów, poprzez dokonania socrealizmu, aż po współczesną krwiożerczą deweloperkę.

Już sam tytuł wskazuje jednak, że Rosja puszcza do nas oko. „Fair enough” to idiom, znaczący „w porządku”, ale w znaczeniu „ok, niech i tak będzie”. To bardzo słowiańska postawa, poddańcza wobec rzeczywistości, przyzwalająca, w której widać bierność, brak nadziei, ale i swego rodzaju akceptację nawet najtrudniejszej sytuacji. Trochę takie nasze „jakoś to będzie”. Zarazem odczytując dosłownie tytuł, znaczyłby, coś w stylu „dość targów”.

I tu zdradzamy cały koncept wystawy, w którym zawiera się jego ironia. To po prostu… targi wystawowe! Poszczególne wątki z historii modernizmu ubrano w kolejne stoiska tragowe. Nazwiska architektów czy prądy twórcze — zostały potraktowane jak nazwy fikcyjnych firm. np. Chernikhov Creative Solutions czy Shchusev Architectes (pierwszy odnosi się do konstruktywisty Jakowa Czernikowa, drugi do Aleksieja Szczusiewa, autora m.in. mauzoleum Lenina).

Rosja jako jedyna zrobiła wystawę autoironiczną. Pokazuje nawet złe aspekty swojej modernizacji — ale wszystko opatrzyła komentarzem „fair enough” i macha od niechcenia ręką, że jest w porzo. Zarazem ostrze ironii wymierzone jest w samo Biennale, bo wenecką wystawę też można odczytywać jako targi EXPO, trochę tylko bardziej intelektualne, ale i tak pozostające koniec końców targowiskiem próżności.

Plus za (auto)ironię

3.

Wielka Brytania „A clockwork Jerusalem”

Great Britain (2)_Fotor

Z dobrą wystawą jest jak z dobrym filmem. Trzeba po prostu mieć dobry scenariusz, reżyserię, do tego równie dobrych wykonawców. W przypadku wystawy to mocny koncept kuratorski, jego przemyślana i konsekwentna realizacja, świetny design, ciekawe eksponaty i to coś, co je łączy w nową, zaskakującą opowieść. To wszystko serwuje Wielka Brytania.

Może wystawa nie jest rewolucyjnie odkrywcza, ale ciekawie zestawia utopijne wątki w architekturze i sztuce z różnych okresów brytyjskiej historii. Już tytuł to sugeruje. Mamy nawiązanie do poematu „Jerusalem” Williama Blake’a, który przestrzega przez chaosem i piekłem rewolucji przemysłowej w zamian pokazując idylliczną wizję sielskiej Brytanii. Ta idylliczność jakby na nowo rozbudziła wyobraźnię architektów po II wojnie światowej. To miasto-ogród Milton Keynes, czy „malownicze” choć brutalistyczne osiedle Thamesmead, którego betonowe, futurystyczne domy posłużył Kubrickowi za gotową scenografię jego „Mechanicznej pomarańczy”.

Wystawa kuratorowana przez FAT Architecture i Crimson Architectural Historians pokazuje fiasko utopii. Wiktoriańskie sny o mieście zatopionym w naturze, odlane w betonie w postaci Robin Hood Gardens czy Hulme Crescent — stały się najbardziej znienawidzonymi w Wielkiej Brytanii osiedlami, które przerodziły się siedliska patologii aż w końcu opustoszałe, zostały skazane na śmierć przez wyburzenie.

Plus za kolorową opowieść o ponurym upadku utopii w duchu „Mechanicznej pomarańczy”

4.

Chile „Monolith Controversies”

Chile (4)_Fotor

Przyznamy, że od ostatniej chwili spieraliśmy się czy w Top 10 umieścić Chile czy Francję. Oba kraje pokazały bowiem wyraziście jeden ze zgubnych wynalazków nowoczesności— prefabrykację. W drugiej połowie XX wieku prefabrykowane domy z wielkiej płyty zalały świat, zunifikowały budownictwo wielorodzinne, a przy okazji wypaczyły wartości modernizmu. Choć jak zwykle bywa, sama idea była słuszna — prefabrykacja miała ułatwić i przyspieszyć budowę, a przede wszystkim potanić inwestycje mieszkaniowe, co w dobie powojennej było niezwykle ważne.

Francja obok wielkiej płyty przedstawiła także prefabrykację Jeana Prouvé, która była bardziej utopijna i finezyjna. Jego stalowe domu w zestawieniu z blokami z wielkiej płyty tym bardziej boleśnie ukazują, jakimi ścieżkami potoczyła się historia prefabrykacji. Jednak francuscy kuratorzy trochę przedobrzyli, bo w centrum pawilonu ustawili w skali 1:10 makietę willi Arpel, która „gra” główną rolę w filmie „Mój wujaszek” Jacquesa Tati. Tati sam w sobie wystarczyłby za wystawę, jego filmy, jak choćby „Play Time” były genialną satyrą na zwodniczą nowoczesność, której wynalazki tyleż ułatwiają, co często uprzykrzają życie, co szczególnie pokazał właśnie w „Wujaszku”, gdzie pan Hulot nie radzi sobie z elektronicznymi urządzeniami.

W naszym Top 10 ostatecznie jednak ląduje Chile, bo wystawa tego kraju przedstawiła bardziej wyraziście prefabrykację i jej historię. W centrum sali znajduje się podświetlony, niczym relikwia, betonowy panel z 1972 roku systemu KPD, pierwszy jaki wyprodukowano w Chile, który zapoczątkował w tamtejszym budownictwie prefabrykację na wielką skalę. Była ona możliwa dzięki pomocy Związku Radzieckiego. Sowieci nie tylko przekazali środki na budowę fabryki prefabrykatów, ale podarowali Chile całą technologię.

Sama historia panelu jest odbiciem tego, co działo się w tym południowoamerykańskim kraju. W dniu inauguracji fabryki na świeżym betonie płyty  podpisał się ówczesny prezydent Chile Salvador Allende, dziękując „sowieckim i chilijskim towarzyszom”. Panel stanął przed wejściem do fabryki. Już rok później, po zamachu stanu, nowe wojskowe władze fabryki ukryły podpis byłego prezydenta, zamalowując płytę, a w jej puste okno wstawiono płaskorzeźbę z Matką Boską i dzieciątkiem, odesłano też radzieckich inżynierów do swojej ojczyzny.

Wystawa przedstawia w głównej sali wszystkie ważniejsze systemy wielkopłytowe ze świata, od francuskich, przez japońskie, po amerykańskie. Ukazano też pochód prefabrykacji, która za sprawą dominacji Związku Radzieckiego szybko rozprzestrzeniła się na cały blok krajów socjalistycznych. Można oglądać nie tylko makiety bloków, ale i projekcję z wciąż przesuwającą się taśma produkcyjną wypluwającą coraz to nowe prefabrykaty.

Wystawę humanizuje na samym wejściu… odwzorowane co do jednego bibelota wnętrze pokoju dziennego z jednego z rzeczywistych chilijskich mieszkań wybudowanego w systemie KPD. Niewielka przestrzeń zagracona meblami i szpargałami, pokazuje jednak, że życie mimo zamykania w betonowych ramach, jest silniejsze od politycznych czy architektonicznych wytycznych. W prefabrykowanym wnętrzu widać „rękę” jego mieszkanki, co daje nadzieję, że ludzie nie poddają się tak łatwo unifikacji jak budownictwo.

Plus za ukazanie problemu wielkiej płyty w szerokim kontekście politycznym i społecznym

5.

Półwysep Koreański „Crow’s Eye View”

Korea, Republic of (2)_Fotor

Korea Południowa postanowiła nie ograniczać się tylko do własnych granic, ale pokazać cały Półwysep Koreański. Te przejście ponad podziałami — granicy, która od 1953 roku tragicznie dzieli półwysep na dwa odrębne kraje: komunistyczną północ i demokratyczne południe, z pewnością mogło zaważyć na decyzji jury Biennale, które ostatecznie przyznało Korei Złotego Lwa za najlepszą wystawę narodową. Ale nie o polityczną poprawność tutaj chodzi, a o szerokie spojrzenie na architekturą i urbanistykę obu krajów. Startowały w 1953 roku na podobnym poziomie i oba wybrały zupełnie różne drogi rozwoju (albo były nań skazane), stanowią więc idealne pole badawcze, do porównań pomiędzy kapitalistyczną urbanistyką, a tę centralnie sterowaną przez komunistyczne władze.

Na wystawie po obu stronach pawilonu mamy zupełnie różne narracje. Z jednej strony monumentalne założenia komunistycznej władzy w Korei Północnej, z drugiej kapitalistyczne i spekulacyjne inwestycje na południu półwyspu. I tu i tu architekci zdają się być jednak uwikłani i w jakiś sposób zniewoleni, czy to dyktatem pieniądza, czy władzy ludowej. Po obu stronach widać też problem z tożsamością, tradycyjna architektura, zwłaszcza ta historyczna, czy wiejska wypierana jest przez wielkie inwestycje. Modernizacja, niezależnie po której stronie koreańskiej strefy zdemilitaryzowanej się toczy, równie chętnie korzysta z buldożerów i betonu.

Jest tylko jedna rzecz, która dzieli oba kraje. Część wystawy z propagandowym malarstwem z Korei Północnej ukazuje dobitnie tę różnicę — ten rodzaj bajkowości jest niemożliwy w kraju demokratycznym, gdzie nawet najbardziej przejaskrawione reklamy muszą mieć choć trochę zaczepienia w rzeczywistości. Utopijne obrazy z budowy komunistycznego kraju zestawiono z pracami studentów architektury z wydziały akademii w Pjongjangu — są jednak równie odrealnione jak socrealistyczne malowidła.

Plus za zderzenie dwóch narracji: kapitalistycznej i komunistycznej, obie wykorzystają dokonania modernizmu na swój sposób

6.

Antarktyda „Antarctopia”

antarctic-pavilion-venice-architecture-biennale-antarctopia-designboom-01_Fotor

Naszą drugą piątkę otwiera… Antarktyda. Udział Antarktydy, pierwszego kontynentu startującego w Biennale, pokazuje, że formuła narodowych pawilonów jest dość archaiczna i reprezentuje XIX-wieczne, nacjonalistyczne myślenie. Wystawa Antarktydy, jak zresztą cały ten lodowy kontynent, jest ponadnarodowa. Biorą w niej udział architekci i artyści z całego świata, w tym Zaha Hadid, Juergen Mayer H., Alex Schweder, czy Hugh Broughton Architects. Z wszystkich wystaw narodowych — antarktyczna wydaje się najbardziej futurystyczna. Projekty możliwych stacji, obiektów mieszkalnych, ogrodów, portów — przypominają trochę wizję kolonizacji Marsa. Zresztą Antarktyda jest równie trudna do życia. Może być świetnym ćwiczeniem przed podbojem Czerwonej Planety!

Plus za uzasadniony futuryzm i samą ideę pawilonu ponadnarodowego

7.

Albania „Potential Monuments of Unrealised Futures”

Albania (4)_Fotor

Pawilon albański był chyba dla nas jednym z największych zaskoczeń tegorocznego Biennale. Pozornie niewiele tam się dzieje. Nie dajcie się zwieść! Warto poświęcić kilka chwil na zwiedzenie albańskiej ekspozycji. Z pewnością nie będziecie żałować, bo kuratorzy stworzyli jedną z najbardziej poetyckich wystaw.

W pierwszej sali wiszą obrazy z serii „Penthouse” Edi Hila. Na obrazach widać domy, historyzujące w formie, na niezwykle wysokich cokołach (fundamentach?). Surrealizm? A może nawiązanie do obecnej sytuacji w kraju? Albański krajobraz jest pełen niedokończonych domów, ok. 30% z nich stoi pustych. To efekt kryzysu lat 90., kiedy wiele rodzin przerwało budowy swoich domostw. Nowoczesność jednak nigdy nie była w Albanii dominująca, ubierano ją w kolumny, tympanony, gzymsy. Niedokończone budowle, nagie betonowe konstrukcje, są jednak jeszcze ich pozbawione, to owe tytułowe „monumenty niezrealizowanej nowoczesności”.

Jednak kulminację pawilonu Albanii stanowi dla nas praca „The Column” Adriana Paci. Piękny poetycki film pokazuje jak na statku-fabryce płynącym po oceanie wykuwana jest z bryły marmuru kolumna koryncka. Niezwykłe kadry, narodzin podstawowego, archetypicznego wręcz elementu architektonicznego, który jednak powstaje w przestrzeni oderwanej od cywilizacji — na wodzie, nadają niepokojących znaczeń. Oderwania od korzeni? Braku kontaktu z przeszłością? A może architektoniczne prądy, myśli, są jak kontenery — przerzucane po całym świecie. Ta ostatnia myśl zaświtała nam po wyjściu z pawilonu, kiedy nad brzegiem wody w Arsenale zobaczyliśmy… filmową kolumnę. Wyrzucono ją na nabrzeże. Leży a nie stoi, jak symbol niemożności, niedokończony projekt. Bardzo poetycka wystawa, nieprzegadana, niepokojąca w swojej wymowie.

Plus za poetycką interpretację koolhaasowskiego zadania

8.

USA „OFFICEUS

United States of America (4)_Fotor

Pawilon amerykański może na wejściu rozczarować. Kolejne sale wypełniają ściany z skoroszytami — każdy poświęcony jest jednemu budynkowi z ostatnich 100 lat, który choć zaprojektowany przez amerykańskich architektów to jednak wybudowany poza granicami USA. Setki książeczek i idących za nimi budynków. Zazwyczaj mamy awersję do tego typu bibliotecznych wystaw. Ale ta imponująca masa projektów, tworzy sugestywną opowieść o globalizacji architektury. USA od dziesięcioleci implementuje swoją (?) architekturę poza Ameryką. Jednak w tych budynkach dostrzec można to, co sama Ameryka podpatrzyła wcześniej np. w Europie. Pawilon USA chyba najsilniej pokazuje globalizację jako jedną z twarzy nowoczesności. Jednak nie ogranicza się do samej wystawy. Jak mówi sam tytuł to trochę biuro architektoniczne, w którym każdy może wziąć udział. Dopełnieniem pawilonu jest działająca w nim pracownia architektoniczna oraz stoły ustawione na dziedzińcu — miejsca spotkań, dyskusji, warsztatów, które mają się toczyć przez cały czas trwania Biennale.

Plus za sugestywne ukazanie globalizacji i rozszerzenie formuły pawilonu

9.

Polska „Impossible Objects”

Poland (2)_Fotorddd

W Polsce, jak to w Polsce trochę martyrologii i patosu. W pawilonie ustawiono baldachim — zadaszenie zejścia do krypty marszałka Józefa Piłsudskiego. Na szczęście wejście do grobu jest tylko repliką z plastiku, acz wierną oryginałowi z Wzgórza Wawelskiego. Jednak ta pozorna banalność w odtwarzanie 1:1 istniejącej struktury (co podobnie zrobili Niemcy w swoim pawilonie) ma bardzo przewrotny sens. W tym założeniu pomnikowym jak w soczewce skupia się cała skomplikowana problematyka budowania nowoczesności w okresie międzywojennym w Polsce, ale i w ówczesnej Europie Środkowej. Baldachim jak architektura publiczna tego okresu stoi w rozkroku — tradycyjne kolumny podtrzymują modernistyczne zadaszenie w postaci płyty. Dzięki interwencji artysty Jakuba Woynarowskiego płyta jeszcze bardziej niż w oryginale zdaje się lewitować. Szczelina oddzielająca stary porządek od nowego — to wieloznaczna metafora, rozziew pomiędzy tradycją a modernizmem, pomiędzy rzeczywistością pełną zaszłości, populistycznych upodobań, a pogonią za mityczną nowoczesnością. Owa szczelina to przepaść, niemożliwa do zasypania. Sama wystawa jawi się nagle jako niepokojący nagrobek wystawiony modernistycznej utopii.

Plus za celną metaforę

10.

Dania „Empowerment of Aesthetics”

Denmark (2)_Fotor

Duński pawilon dostarcza najbardziej sensualnych wrażeń z wszystkich wystaw narodowych na Biennale. Choć w zasadzie jego narracja jest wielowątkowa i dość skomplikowana. Na wejściu hol oblepiony kartkami — to konstytucja duńska i różne akty prawne stanowiące o kształcie architektury tego kraju. Jedna sala wygląda jak pokój naukowca — w gablotach obok zielników, motyli, starych ksiąg i zdjęć są współczesne projekty miast, przestrzeni publicznych w duchu zrównoważonego rozwoju. Przeciwna sala to z kolei kwintesencja sensualności, wypełniona jest boxami, które tworzą różne atmosfery, biały pokój wypełniony tylko światłem, ciemny aneks z drewna, inny z cegły, przestrzeń wypełniona igliwiem. Natura zestawiona jest z myślami Einsteina czy Nielsa Bohra, które uświadamiają nam o złożoności świata, jego budowy, atomach, grawitacji, mechanice kwantowej.  Być może jest to trochę przegadane. Ale ta poezja nauki złączonej z naturą jest niezwykle pociągająca. To zupełnie nowatorskie odczytanie „absorbowania nowoczesności”.

Plus za sensualność, przypominając nam, że zmysły są podstawowym narzędziem odbioru architektury

 

FOTO: Andrea Avezzù / dzięki uprzejmości la Biennale di Venezia

 

26.06.2014